Kiedy skończyłam czytać ostatnią stronę, była prawie druga w nocy. Siedziałam z telefonem w dłoni, ekran wciąż podświetlony, i przez chwilę nie mogłam się ruszyć. Nie dlatego, że zakończenie było złe. Właśnie dlatego, że było zbyt prawdziwe. Anna Kowalczyk napisała coś, czego nie spodziewałam się po polskim romansie — książkę, która boli w tych miejscach, gdzie boleć powinna.
Jeśli trafiłaś tutaj, bo szukasz rzetelnej recenzji Zostań do rana, opinii innych czytelniczek albo po prostu chcesz wiedzieć, czy warto — zostań. Mam ci dużo do powiedzenia.
Tak. Ale z zastrzeżeniami. Zostań do rana to polski romans erotyczny, który wymyka się schematom gatunku — jest intensywny, emocjonalnie skomplikowany i miejscami naprawdę niepokojący w najlepszym sensie tego słowa. Jeśli szukasz lekkiego czytadła na weekend — możesz się zaskoczyć. Jeśli szukasz czegoś, co zostanie z tobą po ostatniej stronie — masz właśnie to.
To nie jest romans z okładki z nagim torsem, po którym zapominasz treść po tygodniu. To książka, po której przez kilka dni patrzysz inaczej na pewne decyzje. Na to, czego naprawdę chcesz. Na to, czego się boisz.
Zuzanna ma trzydzieści dwa lata, dobrą pracę i życie ułożone dokładnie tak, jak oczekiwało tego otoczenie. Pewnej nocy — przez przypadek, przez wino, przez coś, czemu nie potrafi nadać nazwy — zostaje z mężczyzną, którego powinna unikać. Mateusz jest wszystkim, czym ona nie jest: nieprzewidywalny, bezpośredni, i bardzo, bardzo świadomy tego, czego chce.
Brzmi jak klasyczny romans? Na poziomie fabuły — może. Ale Kowalczyk robi coś sprytniejszego. Prawdziwym konfliktem nie jest napięcie między bohaterami, tylko napięcie wewnątrz Zuzanny. To ona jest największą przeszkodą. To ona sabotuje, ucieka, racjonalizuje. I właśnie dlatego tak trudno się od niej oderwać — bo jest boleśnie rozpoznawalna.
Zacznijmy od tego, co działa genialnie.
Dialogi. Serio — dialogi w tej książce są na poziomie, który w polskim romansie zdarza się rzadko. Nie ma tu sztucznych wyznań ani patetycznych monologów. Mateusz mówi mało, ale każde zdanie coś robi. Kowalczyk rozumie, że to, czego się nie mówi, jest często ważniejsze od tego, co się mówi.
Sceny erotyczne są — owszem — intensywne. Ale co ważniejsze, są emocjonalnie zakorzenione. Nie ma tu seksu dla seksu. Każda scena coś odsłania albo coś niszczy. Właśnie to odróżnia dobrą erotykę literacką od zwykłej pornografii w twardej okładce.
Co mi nie do końca leżało? Środkowa część książki ma kilka momentów, gdzie tempo spada i Zuzanna kręci się w kółko trochę za długo. Rozumiem dramaturgiczny zamysł, ale czytelniczo — czułam lekką niecierpliwość. To drobna skaza na bardzo dobrym obrazku.
Przejrzałam dziesiątki opinii i jedno powtarza się niemal wszędzie: "czytałam do białego rana". To nie przypadek, że tytuł działa jak samospełniająca się przepowiednia. Kowalczyk buduje napięcie w taki sposób, że każdy rozdział kończy się w momencie, gdy absolutnie nie możesz odłożyć książki.
Kilka czytelniczek wspominało, że książka wywołała u nich nieoczekiwane emocje — nie tylko ekscytację, ale też smutek, złość na siebie, refleksję. Jedna z recenzji na lubimyczytać.pl zwróciła uwagę na coś, co też uderzyło mnie podczas lektury: "Mateusz jest pierwszym bohaterem romance'u, przy którym nie czułam, że jest za dobry, żeby być prawdziwy."
To dla mnie najwyższy komplement dla romansu. Prawdziwość.
Powiem wprost: polski romans erotyczny jest gatunkiem mocno niedocenianym przez tzw. "poważnych" czytelników — i jednocześnie gatunkiem, który sam sobie czasem szkodzi przez produkcję schematycznych, wymiennych treści.
Przecenione? Cały nurt "alfa miliarder ratuje naiwną dziewczynę". Wiem, że to się sprzedaje. Wiem, że to działa jak cukier — szybka przyjemność, zero kalorii emocjonalnych. Ale po dziesiątej takiej książce zaczynam mieć wrażenie, że czytam ten sam tekst z innymi imionami bohaterów.
Underrated? Właśnie takie książki jak Zostań do rana — gdzie romans jest narzędziem do mówienia o czymś głębszym. O strachu przed bliskością. O tym, jak bardzo potrafimy sabotować własne szczęście. O tym, że pożądanie jest uczciwe nawet wtedy, gdy wszystko inne jest skomplikowane.
Polecamy
Polskie 50 twarzy Greya spotyka It Ends with Us. Nicea. Toskania. Mężczyzna, który nie pytał — bo wiedział. Dostęp natychmiastowy.
Czytaj więcej i kup — 39 zł →Jeśli szukasz czegoś jeszcze bardziej intensywnego emocjonalnie — powiem ci, gdzie szukać. Ale o tym za chwilę.
Kowalczyk ma kilka charakterystycznych cech, które po lekturze Zostań do rana zaczynam uważać za jej znaki rozpoznawcze.
Po pierwsze — perspektywa kobiety, która nie potrzebuje ratowania. Zuzanna popełnia błędy, ale nie jest ofiarą. Ma sprawczość. To rzadkie i odświeżające.
Po drugie — rytm prozy. Zdania są krótkie gdy jest napięcie, dłuższe gdy jest refleksja. Autorka wie, kiedy przyspieszyć, a kiedy pozwolić czytelniczce odetchnąć. To świadczy o rzemieślniczej świadomości, której w tym gatunku czasem brakuje.
Po trzecie — i to jest może najważniejsze — Kowalczyk nie boi się, że jej bohaterka będzie nielubialna. Zuzanna potrafi irytować. Potrafi być małostkowa. I właśnie dlatego jest prawdziwa.
To pytanie, które pojawia się naturalnie po każdej dobrej książce. I mam na nie odpowiedź.
Jeśli podobała ci się intensywność emocjonalna Zostań do rana — ten rodzaj napięcia, który nie opuszcza cię między rozdziałami — to właśnie dla takich czytelniczek powstało więcej tytułów w podobnym duchu. Romans, który łączy zmysłowość z prawdziwą psychologią postaci, to coś, czego jest wciąż za mało na polskim rynku.
Zostań do rana Anny Kowalczyk to właśnie ten typ lektury — polska odpowiedź na to, czym dla angielskojęzycznych czytelniczek było It Ends With Us Colleen Hoover. Z intensywnością rodem z Pięćdziesięciu twarzy Greya, ale z o wiele większą głębią emocjonalną. Jeśli jeszcze nie masz tej książki — to jest pierwszy krok.
A jeśli po skończeniu będziesz potrzebować czegoś, co uderzy inaczej — warto zajrzeć do mocnych thrillerów psychologicznych. Emocje w kryminale są innego rodzaju, ale równie uzależniające. Szczególnie polecam nasze zestawienie najlepszych polskich kryminałów — znajdziesz tam tytuły, które będą trzymać cię przy lampce równie skutecznie, co dobry romans.
Nie powiem ci, że tak, bo nie lubię superlatywów, które nic nie znaczą. Powiem ci natomiast, że to jedna z niewielu polskich książek romantycznych, po której miałam ochotę napisać do autorki i zapytać: skąd to wiedziałaś?
Skąd wiedziałaś, jak
Zobacz też: Biografia Dody · Polskie kryminały